sobota, 27 lutego 2016

Fwd: [Nowy wpis] OSCARY 2016, czyli co jest grane?

HOT!

"Fotografowanie świata jest jak jego tworzenie (Rooney Mara w filmie "Carol")"

---------- Forwarded message ----------
From: WIZJA LOKALNA <comment-reply@wordpress.com>
Date: 2016-02-26 18:32 GMT+01:00
Subject: [Nowy wpis] OSCARY 2016, czyli co jest grane?
To: pascal.alter@gmail.com



Stanisław Błaszczyna posted: "kilka luźnych uwag o tegorocznych nominacjach do Oscarów . Wszelkie zgadywanki co do szans otrzymania Oscarów w różnych kategoriach uważam za dość jałową rozrywkę, jednak moim zdaniem warto przyjrzeć się nominowanym filmom, aktorom i twórcom kina, bo "
Respond to this post by replying above this line

Dodano nowy wpis na WIZJA LOKALNA

OSCARY 2016, czyli co jest grane?

by Stanisław Błaszczyna

kilka luźnych uwag o tegorocznych nominacjach do Oscarów

.

Wszelkie zgadywanki co do szans otrzymania Oscarów w różnych kategoriach uważam za dość jałową rozrywkę, jednak moim zdaniem warto przyjrzeć się nominowanym filmom, aktorom i twórcom kina, bo pozwala nam to na ogarnięcie całego spectrum współczesnego kina popularnego na całym świecie. Nadal jest to oczywiście kino amerykańskie - z wszystkimi tego konsekwencjami. Robię to rzadko, ale tym razem chciałbym dorzucić swoje trzy grosze - podzielić się moimi uwagami dotyczącymi tych nominacji. Będzie to bowiem okazja do wyrażenia opinii na temat tych filmów i kreacji, które widziałem, a którym nie poświęciłem osobnych wpisów. A muszę zaznaczyć, że obejrzałem niemal wszystkie wymienione poniżej filmy, co w pewnym sensie usprawiedliwia moje zabranie głosu w ich sprawie. Zajmę się  jednak tylko kilkoma najważniejszymi kategoriami, bo omówienie wszystkich zajęłoby tu zbyt dużo miejsca.

.
Filmy nominowane do Oscara w kategorii Najlepszy Film
Filmy nominowane do Oscara w kategorii Najlepszy Film: "Most szpiegów", "Brooklyn", "Mad Max: Na drodze gniewu", "Pokój", "Spotlight", "Big Short", "Marsjanin", "Zjawa"

.

NAJLEPSZY FILM - "Big Short", "Brooklyn", "Mad Max: Na drodze gniewu", "Marsjanin", "Most szpiegów", "Pokój", "Spotlight", "Zjawa"

.
Trochę mnie dziwi to zestawienie, bo chyba tylko o dwóch z tych filmów będzie się pamiętać dłużej, niż jeden, dwa sezony. A co ciekawe - i paradoksalne - to to, że będzie się o nich pamiętać nie dlatego, że są to filmy najlepsze, zaś pozostałe gorsze (pisząc to abstrahuję od ich wartości artystycznej), ale dlatego, że taki jest mechanizm działania "pamięci zbiorowej" w kinie popularnym, w którym odciska się nie tyle to, co najlepsze, ale to, co najbardziej wypromowane i rozreklamowane. (To dlatego taśmowe produkcje "Gwiezdnych Wojen", udające filmowe wydarzenia, odnoszą taką popularność, mimo że - z wyjątkiem pierwszej części - są powielaczami schematów, niewiele mającymi wspólnego z naprawdę dobrym kinem, które dla mnie zawsze jest czymś więcej, niż tylko bezrefleksyjną rozrywką. Nota bene Amerykańska Akademia Filmowa ma na tyle zdrowego rozsądku i samozachowawczego instynktu, że w swoich nominacjach niemal zupełnie pominęła ostatni odcinek "Gwiezdnych Wojen". I dobrze, bo według mnie jest to przypadek czegoś w rodzaju prostytucji masowego kina, które traktowane jest jak maszyna do robienia wielkich pieniędzy.)
Te dwa filmy, które zapiszą się w zbiorowej pamięci, to według mnie "Mad Max" i "Zjawa". Na szczęście tak się składa, że są to jednak pod pewnymi względami filmy wybitne - mechanizm promocji tylko im pomógł w zdobyciu popularności, zaś ich prawdziwa wartość kryje się w nich samych, niezależnie od publicznego aplauzu.
Tak, jak lubię filmy Alejandra G. Iñárritu - i tak, jak podobała mi się "Zjawa" - to jednak "Mad Maxa" muszę uznać za naprawdę zjawiskowy - dla mnie to niekwestionowany fenomen kina ostatnich lat. Sam byłem niezmiernie zaskoczony swoją reakcją na to widowisko, które jest niczym innym, jak kwintesencją "kina akcji", z którego, jak mi się wydawało, z wiekiem trochę "wyrosłem". To nie do wiary, ale właściwie cały film jest jedną wielką - trwającą bite dwie godziny - akcją. I to taką, która nie nuży, i której w żadnym momencie nie mamy dość. Po projekcji zastanawiałem się jak to było możliwe, by ten ostentacyjnie "dziwaczny", pełen potwornych zabijaków i zrywający z fabułą obraz, tak przykuł moją uwagę, a co najważniejsze: dostarczył mi chyba największej frajdy ("wizualno-sensorycznej"), jakiej doświadczyłem w kinie w całym ubiegłym roku. Myślę, że mogę to przypisać jego niezwykłej oryginalności. Właśnie: fenomen filmu George'a Millera polega według mnie na tym, że zachowując klasyczną konwencję "kina akcji", wszystko pokazuje... inaczej. Sądzę, że wiem skąd to się bierze. Otóż z tego, że Miller, pakując się z "Mad Maxem" w typową formę hollywoodzkiego blockbustera, zrobił ten film całkowicie "po swojemu", a tym samym w tradycji kina niezależnego (niewątpliwie pomogły mu w tym jego australijskie korzenie). Stąd ten niezwykły rezultat.
Ze "Zjawą" to już inna sprawa. Sam byłem bardzo zaskoczony komercyjnym sukcesem tego filmu, jednak po początkowym entuzjazmie (bo życzę meksykańskiemu reżyserowi jak najlepiej i to od pierwszego jego filmu, którym był znakomity "Amores Perros") zacząłem mieć wątpliwości, czy cały ten medialny szum i góra zarobionych przez "Zjawę" pieniędzy, wyjdą Iñárritu na dobre. Mam nadzieję, że go to nie zepsuje - że w głowie mu się od tej nagłej sławy nie poprzewraca - i nadal będzie autorem dobrego, niezależnego od komercji i presji producentów, kina.
Jeśli chodzi o inne filmy, to chyba najbardziej cenię z nich "Big Short", który w czasie projekcji doprowadził mój mózg do intelektualnej gorączki, cały czas mnie zresztą zaskakując: a to rewelacyjnym montażem, a to błyskotliwością aktorów, a to sensacyjnym zacięciem, a nawet sarkazmem, który (co dziwne) podszyty był jakimś przywiązaniem do... prawości i prawdy (wartości zgoła pogardzanych i wyśmiewanych wręcz w środowisku rekinów finansjery, w których "Big Short" się porusza).
Zaraz koło "Big Short" stoi nieco podobny do niego w formie, choć już nakręcony bardziej "po bożemu" (czyli w tradycji kina "publicystycznego" w rodzaju "Wszystkich ludzi prezydenta") film Toma McCarthy'ego "Spotlight". Oczywiście cenię go, ale wydaje mi się, że zwrócił on na siebie uwagę bardziej tematem, którym się zajął (tj. "epidemią" pedofilii wśród księży), niż rzeczywistymi walorami artystycznymi, które nie tak bardzo znowu wyrastają ponad kinową przeciętność. To nie znaczy, że film ten nie jest skuteczny, czy też nietrafiony emocjonalnie (bo jest, i to nie tylko ze względu na temat, ale przede wszystkim dzięki niezłemu ansmablowi aktorskiemu, który zagrał w "Spotlight") z tym, że za bardzo trzyma się on moim zdaniem schematu demaskatorskiego i antyklerykalnej mimo wszystko kliszy, według której Kościół Katolicki jest zepsutym do szpiku kości, hipokrytycznym monstrum, zdradzającym swoich wiernych i skrywającym pod sutanną wszelkie zboczenia. Na szczęście antyklerykalizm nie przeplata całej kanwy filmu i nie jest nawet wątkiem znaczącym, bo pierwszy plan zajmuje śledztwo prowadzone przez dziennikarzy "Boston Globe" i wydobywana na światło dzienne tragedia ludzi molestowanych przez swoich duchownych "wychowawców", których seksualne przestępstwa tuszowane są nie tylko przez ich kościelnych zwierzchników, ale i środowiska katolickie oraz społeczno-polityczny establishment.
Kolejnym filmem trzymającym się tradycyjnego schematu (w tym przypadku: melodramatu) jest "Brooklyn". To chyba najbardziej przyjemny w oglądaniu obraz z całej tej oskarowej Ósemki. I tak jak przyjemny, to jednak również konfekcyjny - z tym, że jest to konfekcja naprawdę dobrej jakości. Co ciekawe, scenariusz "Brooklynu" wydał mi się lepszy (bardziej kompleksowy, "zgrabniejszy", "pełniejszy"...), niż scenariusz "Carol", (o którym to filmie jeszcze tutaj wspomnę, chociaż nie "załapał" się do towarzystwa w tej grupie). Historia w "Brooklynie" z pozoru jest banalna (jednakże, czy dla kogoś, kto kocha, jego miłość jest banalna?) lecz ja, zamiast tego określenia, wolę tutaj użyć słowa "prostota". Ponadto, w filmie jest sporo scen naprawdę pomysłowych, a więc przykuwających uwagę; fabuła zakreślona jest wyraźnie, nigdzie więc nie możemy się zgubić; przed naszymi oczami przewija się cała plejada ciekawych postaci (mnie nie przeszkadzało zbytnio pewne ich przerysowanie); no i ten wdzięk głównej bohaterki, imigrantki rozdartej między Europą a Ameryką - zagubionej momentami wśród niekontrolowanych porywów swojego serca.
Na podobnym poziomie kina gatunkowego i par excellence rozrywkowego stoi "Marsjanin" Ridley'a Scotta, który wprawdzie nie dorównuje takim wcześniejszym osiągnięciom reżysera, jak "Łowca androidów" czy "Obcy - ósmy pasażer Nostrono", to jednak pozostaje solidną produkcją, która do kina science-fiction wnosi rys komediowy (nie tak często spotykany w tym genre). Muszę przyznać, że oglądało mi się "Marsjanina" bardzo dobrze, być może dlatego, że nie spodziewałem się dzieła na miarę "Odysei kosmicznej" Kubricka. Sądzę, że zgrano harmonijnie wszystkie elementy filmu (zwłaszcza te łączące dramat z komedią), dzięki czemu całość jest taka przyjemna dla oka (ale też i ucha, mimo dość ryzykownej aplikacji muzyki disco). Innymi słowy: jest lekko, łatwo i przyjemnie - wygląda na to, że Ridley Scott poszedł po najbardziej bezpiecznej ścieżce.
Prawdę mówiąc, to zdziwiła mnie obecność wśród tych tytułów "Pokoju", obrazu (nomen omen) tak kameralnego, jak rzadko który film, nominowany kiedykolwiek w tej kategorii. Do tej pory nie wiem, jak się w tym gronie znalazł film, którego prawie nikt wcześniej nie widział. Jednak nie uważam, że stało się przez to coś złego, bo dzięki temu zwrócono na "Pokój" uwagę (nieco) szerszej publiczności. To dobrze, bo film Abrahamsona na tę uwagę jak najbardziej zasługuje. Moim zdaniem jest on zdolny wstrząsnąć widzem jeszcze bardziej, niż "Spotlight" (tak było ze mną) - i to posługując się znacznie skromniejszymi środkami (a może przez to bardziej wyrazistymi?) Film znakomicie buduje napięcie, składając się jakby z dwóch części... czy też raczej funkcjonując w dwóch różnych światach, (z których jeden to klaustrofobiczny pokój, gdzie więziona jest matka z dzieckiem, zaś drugi to świat ludzi wolnych, który przez swoją inwazyjność okazuje się jednak nie mniej restrykcyjny, choć nie pozbawiający człowieka nadziei). "Pokój" zmusza wręcz do myślenia, nie jest w żadnej mierze "rozrywką" skrojoną pod masowe "gusta", ale też nie epatuje widza chwytami kina tworzonego tylko dla widowni art-house'owej czy festiwalowej. Innymi słowy: "Pokój" to chyba najmniej "oskarowy" film z wszystkich nominowanych w kategorii "Best Picture".
Natomiast najbardziej "oskarowym" filmem okazało się być najnowsze dzieło Stevena Spielberga "Most Szpiegów". Ewidentny według mnie anachronizm kinowy, ale byłbym niesprawiedliwy, gdybym napisał, że mi to podczas oglądania tego filmu na dużym ekranie przeszkadzało. Spielberg nadal jest wierny swojemu sentymentalizmowi i - pozostając niewyrośniętym dzieckiem - traktuje nas wszystkich jak dzieci. Ale przecież ma to swój urok, nawet wtedy, kiedy bierze się za historię szpiegowską (zdziwiłem się, kiedy się dowiedziałem, że scenariusz do "Mostu szpiegów" napisali Ethan & Joel Coen, bo zaiste nic w tym filmie coenowskiego nie dostrzegłem). Tak więc, w tym przypadku, popłaciło solidne hollywoodzkie rzemiosło, którego Spielberg jest chyba najbardziej prominentnym przedstawicielem, niemal już synonimem.
Patrząc teraz z dystansu na wszystkie te tytuły, dochodzę do wniosku, że większość z tych filmów, choć skazana na tę sławę raczej sezonową, to jednak mimo wszystko wyrasta ponad przeciętność. Każdy więc z tych filmów jest moim zdaniem warty obejrzenia. I bynajmniej nie przesądzają o tym ich nominacje do Oscarów, które uznać można za okazjonalny pretekst do tego, by się nimi zainteresować.
.
Leonardo DiCaprio, Michael Fassbender, Matt Damon, Eddie Redmayne, Bryan Cranston
Leonardo DiCaprio, Michael Fassbender, Matt Damon, Eddie Redmayne, Bryan Cranston
.

NAJLEPSZY AKTOR PIERWSZOPLANOWY - Leonardo DiCaprio ("Zjawa"), Michael Fassbender ("Steve Jobs"), Matt Damon ("Marsjanin"), Eddie Redmayne ("Dziewczyna z portretu"), Bryan Cranston ("Trumbo")

NAJLEPSZY AKTOR DRUGOPLANOWY - Christian Bale ("Big Short"), Mark Rylance ("Most szpiegów"), Tom Hardy ("Zjawa"), Sylvester Stallone ("Creed: Narodziny legendy"), Mark Ruffalo ("Spotlight")

.
Oczywiście najwięcej zamieszania jest tutaj wokół Leonarda DiCaprio, który - mimo, że w swojej karierze ma co najmniej pół tuzina kreacji aktorskich będących mistrzostwem świata - do tej pory nie otrzymał ani jednej statuetki. Z pewnością jego wystąpienie w "Zjawie" nie jest jego najlepszą rolą, ale zważywszy na legendarne już poświęcenie się Leo w filmie Iñárritu, jak również - powiedzmy sobie szczerze - nie za mocną konkurencję wśród kontrkandydatów tego roku, szanse DiCaprio są największe. Nie zgadzam się z posądzeniami, że on się w "Zjawie" po tego Oscara czołgał (nie mówiąc już o absurdalnej plotce, że został zgwałcony przez niedźwiedzicę), bo to czy dadzą mu wreszcie tego złotego cielca czy nie, w niczym nie zmieni faktu, że jest on jednym z najwybitniejszych aktorów swojego pokolenia. To podobno dzięki niemu wystąpił także w "Zjawie" jego kolega Tom Hardy, i to wystąpił na tyle interesująco, że nominowano go do Oscara w kategorii Aktor Drugoplanowy. Niektórzy się zastanawiają, czy aby nie wypadł on w tym filmie lepiej od samego DiCaprio i chyba są to przypuszczenia nie pozbawione podstaw, bo, podczas gdy Leo właściwie wygrywał wszystko na jednej męczeńsko-survivalowej nucie (nie jest to zresztą jego winą, bo na tyle - nie więcej - pozwalał mu scenariusz), to Hardy stworzył postać chyba bardziej kompleksową (ta "chropowatość", bełkotliwa mowa, sposób poruszania się "traperski") - bardzo autonomiczną w stosunku do swoich dotychczasowych kreacji.
Na mnie dobre wrażenie zrobiło wystąpienie Michaela Fassbendera, który bez żadnej asekuracji wszedł w skórę założyciela firmy Apple Steve'a Jobsa. Z zainteresowaniem patrzyłem, jak jego początkowy dystans do tej ikonicznej przecież postaci, zamienia się w coraz dalej postępujące się utożsamianie z Jobsem - z jego sposobem bycia, wysławiania się, gestami... No i świetny jak zwykle scenariusz Sorkina pozwolił się Fassbenderowi wygadać, wygadać! - dzięki czemu mogliśmy bliżej przyjrzeć się tej niejednoznacznej i kontrowersyjnej (mimo pewnego kultu, jaki się po śmierci Jobsa rozwinął) - skomplikowanej psychologicznie i charakterologicznie postaci. Moim zdaniem rola Matta Damona w "Marsjaninie" nie jest taka mdła, jak to utrzymują niektórzy. Ona jest po prostu bardziej na luzie (dzięki czemu mógł Damon nieoczekiwanie ujawnić w tym filmie swój komediowy talent, o który trudno było go podejrzewać, kiedy obserwowało się jego sensacyjno-wyczynowe zmagania w serii o agencie Bournie. "Dziewczyny z portretu" nie oglądałem, więc nie mogę się wypowiedzieć o roli Eddiego Redmayne'a tamże, ale, jak podejrzewam, wypadł on w niej całkiem nieźle, bo to jest przecież bardzo utalentowany chłopak. Co nota bene doceniono rok temu, przyznając mu Oskara za odtworzenie postaci Stevena Hawkinga. Tak więc, rok po roku Eddie bierze się za rolę wymagającą totalnej transformacji (w "Teorii wszystkiego" musiał zagrać postać z porażeniem mózgowym, w "Dziewczynie" zaś... cóż... dziewczynę), co dla członków Akademii może być little bit too much. Tym bardziej, że przecież Redmayne jeszcze nie wybiera się na emeryturę i pewnie wiele wspaniałych ról jest jeszcze przed nim. Czego nie można powiedzieć o Bryanie Cranstonie, który zawsze był aktorem drugiego planu (pod tym względem jest już weteranem). Ja poznałem go bliżej w uznanym już wszem i wobec serialu "Breaking Bad", gdzie - trzeba to przyznać - stworzył postać wciągającą i niesamowitą, tak charakterystyczną, że jest mi teraz trudno wyobrazić go sobie w jakiejś innej roli. Dlatego sięgnę kiedyś po "Trumbo", bo z filmem tym jakoś żeśmy się po drodze rozminęli.
Kolej teraz na aktorów drugoplanowych (choć doprawdy trudno uznać za takowych Bale'a, Hardy'ego czy Stallone'a). Z góry mówię, że nie poruszyły mnie zbytnio role Rylance'a w "Moście szpiegów", ani Ruffalo w "Spotlight". Mało tego, Mark Rylance raził mnie w filmie Spielberga swoim manieryzmem poczciwego staruszka, który jakimś dziwnym trafem został rosyjskim szpiegiem; zaś wystąpienie Marka Ruffalo jest według mnie trochę tylko lepsze niż poprawne. Już choćby w serialach telewizyjnych można znaleźć całą masę kreacji tej klasy, więc doprawdy nie ma za bardzo się czym podniecać. Tego jednak nie można już powiedzieć o Christianie Bale'u, który w "Big Short" zagrał według mnie rewelacyjnie: do dziś pamiętam te jego tiki szalonego, ale jakże przy tym trzeźwego, jeśli chodzi o finanse, geniusza. W przypadku Sylwestra Stallone'a można się podziewać tego, że zwycięży legenda Rocky'ego Balboa, który powrócił na ekrany po latach (któż z nas, którzy już w latach 70-tych chodzili do kina, nie pamięta Rocky'ego? - aż się nie chce wierzyć, że 40 lat minęło - i to jak jeden dzień). Stallone w "Creed" zagrał właściwie siebie - starzejącego się i podupadającego na zdrowiu człowieka, który ożywa, kiedy pojawia się u niego młody adept boksu. Jest w tej roli naturalizm, prostota i szczerość - jest coś nostalgicznie ujmującego, co nastraja widza do tej w sumie prostej historii przychylnie.
.
Cate Blanchette, Jennifer Lawrence, Charlotte Rampling, Saoirse Ronan, Brie Larson
Cate Blanchette, Jennifer Lawrence, Charlotte Rampling, Saoirse Ronan, Brie Larson
.

NAJLEPSZA AKTORKA PIERWSZOPLANOWA - Cate Blanchette ("Carol"), Jennifer Lawrence ("Joy"), Charlotte Rampling ("45 lat"), Saoirse Ronan ("Brooklyn"), Brie Larson ("Pokój")

NAJLEPSZA AKTORKA DRUGOPLANOWA - Rooney Mara ("Carol"), Jennifer Jason Leigh ("Nienawistna ósemka"), Kate Winslet ("Steve Jobs"), Alicia Vikander ("Dziewczyna z portretu"), Rachel McAdams ("Spotlight")

.
Wątpię, czy którakolwiek z tych kreacji zapisze się w annałach największych osiągnięć hollywoodzkiego aktorstwa, bo mimo, że są to wszystko wystąpienia dobre i bardzo dobre, to jednak nie są one, powiedzmy sobie szczerze, miażdżąco wybitne, co właściwie nie jest winą samych aktorek, a po prostu tego, co zapisano dla nich w scenariuszu. Osobiście wszystkie te panie lubię, wśród nich najbardziej chyba cenię Cate Blanchette, która jest aktorką według mnie genialną; mam spory szacunek dla Charlotte Rampling (bo to jest weteranka, która ma za sobą bardzo długą i ciekawą karierę, zwłaszcza w kinie europejskim), ale Cate ma za sobą kreacje, które wystąpienie w "Carol" jednak zdecydowanie przyćmiewają, zaś pani Rampling... cóż, o pani Rampling w tym przypadku nie chcę się wypowiadać, bo "45 lat" nie widziałem (więc może rzeczywiście jest to rola wybitna?) Tym razem obecność w tym gronie Jennifer Lawrence jest chyba przesadzona, bo "Joy" znowu taką radością filmową nie jest, co jednak wpływa też na występ w tym filmie Jennifer. Trzeba przyznać, że Saoirse Ronan wypadła w "Brooklynie" świetnie i bardzo sympatycznie, emanując z ekranu naprawdę wielkim urokiem, ale i tutaj dość banalna sztampa romansowa nie pozwala wywindować jej rolę zbyt wysoko. Najbardziej intrygująca była dla mnie Brie Larson w "Pokoju", z pewnością również dlatego, że sam film był bardzo intrygujący i stworzył dla Brie Larson możliwość wykazania się całym swoim talentem w roli, która wymagała zarówno powściągliwości, jak i (miejscami) ekspresji. Muszę tu wtrącić, że Brie miała w "Pokoju" bardzo dobrego partnera, jakim był 7-letni Jacob Tremblay. Na tym chłopcu moim zdaniem oparło się całe powodzenie tego filmu, co każdy mógł zauważyć - i pod tym, względem jest to jedna z najbardziej pamiętnych ról ubiegłego roku (ale słusznie chyba Akademia pominęła małego Tremblay'a w swoich nominacjach, bo dawanie dzieciom Oskarów uważam za przesadę).
Z wielką sympatią patrzyłem na Rooney Marę zakochującą się w Cate Blanchette w "Carol" (w ogóle to cenię sobie ten film coraz bardziej, bo dojrzewa on we mnie z upływam czasu jak czerwone wino), gdzie zagrała dziewczynę nieśmiałą i wycofaną (jakże wielki kontrast z dynamiczną, wręcz punkową postacią, którą pokazała nam w "Dziewczynie z tatuażem", w którym została ona nawet kochanką Daniela Craige'a), a jednak pod innymi względami pewną i niezależną. Nie widzę natomiast powodów do zachwytu wystąpieniem  Jennifer Jason Leigh w "Nienawistnej ósemce" Tarantino. Przytłoczenie jej postaci w tym filmie tonami dziwacznej (jak zresztą cały film Quentina) charakteryzacji, tudzież manieryzm zabijaczki-wiedźmy-cwaniary... to wszystko według mnie sprawiło, że ukazana przez nią postać była bardziej karykaturą, niż żywym człowiekiem. Rachel McAdams w "Spotlight" to (podobnie jak w przypadku jej filmowego partnera Marka Ruffalo) chodząca (ale ciągle dobra) telewizyjna przeciętność (tak miedzy Bogiem a prawdą, to bardziej na Oscara zasługiwał cały team ze "Spotlight", niż jego poszczególni członkowie). Roli Alicii Vikander nie znam, ale za to mogę się wypowiedzieć o Kate Winslet, która moim zdaniem w filmie o Jobsie zagrała (nawiasem mówiąc partnerka twórcy Apple była córką Jerzego Kawalerowicza) rewelacyjnie - z tego też powodu jest ona tutaj moją faworytką.
.

NAJLEPSZY REŻYSER - Adam McKay ("Big Short"), Lenny Abrahamson ("Pokój"), Alejandro González Iñárritu ("Zjawa"), George Miller ("Mad Max: Na drodze gniewu"), Tom McCarthy ("Spotlight")

.
Wszyscy panowie reżyserzy wykonali bardzo dobrą robotę, zwłaszcza Alejandro i George, ale moim zdaniem to George Miller dokonał kinematograficznego cudu i to powinno się docenić, bo jego "Mad Max" jest kinem czystym i totalnym. Mimo, że obejrzałem już parę filmów, które ukazywały proces powstawania "Szalonego Maxa", to do tej pory nie wiem, jak udało się całej ekipie (pod przewodem Millera) stworzyć coś tak doskonałego i oryginalnego. Jest to więc prawdziwy majstersztyk (pod pewnymi względami arcydzieło), który burzy moje przekonanie, że w kinie forma i styl to nie wszystko, bo ważna jest również zmuszająca nas do refleksji, tudzież przekazująca nam coś istotnego, treść. W anarchistycznym - i szalonym jak jego protagonista - "Mad Maxie" treść okazuje się niezbyt istotna, zaś najważniejszy jest dźwiękowo-wizulany kop - dynamika, która rozsadza nam płuca i fika. Bez Millera - i jego determinacji oraz cierpliwości (film dojrzewał w nim przez dobre kilkanaście lat!) a później zdecydowanego przywództwa - nie mogło to widowisko się udać. Bo to była jego oka źrenica. Alejandro González Iñárritu to także totalitarysta kina, a więc dyktator i perfekcjonista, który na długo przed rozpoczęciem realizacji filmu nosi w głowie cały jego obraz. Jednakże "Zjawa" nie była jego pomysłem autorskim (scenariusz całą dekadę czekał na tego, kto się odważy go sfilmować) z tym, że kiedy Alejandro zdecydował się to zrealizować, to nie było zmiłuj! To właśnie jego jest zasługą (plus "Chivo", plus Leo), że film z przeciętnym dość scenariuszem i taką sobie fabułą, zaczął się wśród kinomanów cieszyć statusem fenomenu. I znów: ciężka, a zarazem pełna finezji ręka dyktatora (to chyba Wajda powiedział kiedyś, że reżyser musi nie tylko być artystą, ale i mieć w sobie coś z kaprala) spowodowała, że "Zjawa" nie tylko się na ekranach pojawiła, ale i je zawojowała.
Sukces Adama McKay'a i Toma McCarthy'ego wziął się przede wszystkim z tego, że - mając do dyspozycji naprawdę świetne scenariusze - znakomicie poprowadzili w swoich filmach całą grupę aktorów, dzięki czemu opowiadane przez nich (nota bene obie społecznie bulwersujące) historie, wybrzmiały z cały swoim wielkim emocjonalnym ładunkiem (choć, po prawdzie, wielkiego z tego wybuchu nie było). Za to, również bez fajerwerków (co tutaj należy uznać za komplement) rozpracował swój "Pokój" Lenny Abrahamson. Moim zdaniem znakomicie dał sobie radę z ryzykownym przecież materiałem (kidnapping, długoletnie więzienie matki i dziecka), i unikając taniego sensacjonizmu, stworzył złożoną psychologicznie i socjologicznie opowieść o ludziach, którzy próbują przeżyć w każdych warunkach, przystosowując się do świata nie zawsze dla nich przyjaznego.
.

NAJLEPSZE ZDJĘCIA - Edward Lachman ("Carol"), Robert Richardson ("Nienawistna ósemka"), Emmanuel Lubezki ("Zjawa"), John Seale ("Mad Max: Na drodze gniewu"), Roger Deakins ("Sicario")

.
Nie da się ukryć tego, że Hollywood ma do dyspozycji całe zatrzęsienie znakomitych operatorów, co w zestawieniu z coraz bardziej doskonałym sprzętem do kręcenia filmów, daje często rewelacyjne efekty. Tak też było w ostatnim roku. Jeśli by to ode mnie zależało, to obdarowałbym złotą figurką wuja Oscara wszystkich nominowanych w tej kategorii twórców, bo wszyscy oni stworzyli obrazy piękne - wręcz zjawiskowe! - bez których filmy nie byłyby tym, czym są - i to nie tylko biorąc pod uwagę ich aparycję i wizualność, ale i integralność całej ich formy. Jest całkiem prawdopodobne to, że casus Emmanuela "Chivo" Lubezkiego stworzy w tym roku historyczny precedens, kiedy zgarnie on (trzeci raz z rzędu! - po "Grawitacji" dwa lata temu, a w roku ubiegłym "Birdmanie") kolejnego Oscara. Zdjęcia do "Zjawy" są niesamowite, i trzeba chyba byłoby być ślepym, żeby tego nie dostrzec. Lubezki ma świetne oko i instynkt prawdziwego vouyera zafascynowanego widowiskiem świata, ale najważniejsze jest to, że dysponując niewiarygodnie sprawną techniką, potrafi on jednocześnie wydobyć z obrazu jego głębię emocjonalną, co przecież jest czymś esencjonalnym dla filmowego doświadczenia widza. Podobnie jak Iñárritu (oni wszyscy w tym filmie się pod tym względem dobrali, wliczając to Leo) "Chivo" jest uparty jak sto diabłów, by osiągnąć dokładnie takli efekt, jaki sobie zamierzył - nawet gdyby musiał nurkować, rzucać się w przepaść czy latać jak jakieś ptaszysko nad polem akcji. (Ale czy ktoś bardziej asekuracyjny byłby tolerowany przez Iñárritu?) Jego wirtuozeria i pomysłowość nadała "Zjawie" formę i styl nie do podrobienia dla kogoś, kto nie jest zdolny do całkowitego poświecenia się pewnej koncepcji, polegającej tu na odrzuceniu wszelkich udogodnień, które by zatarły naturalizm i autentyzm przedstawianego na ekranie obrazu świata. Stąd postanowienie, by nie używać sztucznego oświetlenia i zdać się tylko na światło naturalne, bez którego "Zjawa" wyglądałaby zupełnie inaczej - właśnie jak film, a nie rzeczywistość uchwycona in statu nascendi. Swoją surowość film ten zawdzięcza więc tylko i wyłącznie Lubezkiemu, z tym że w jakiś bardzo specyficzny sposób owa "surowość" nabiera tu cech wyszukanej estetyki, dzięki czemu w kadrach "Zjawy" pojawia się coś, co nasze oczy uznają za piękno. To, że Lubezki z równą sprawnością porusza się w tak różnych środowiskach (kosmiczne w "Grawitacji", teatralno-miejskie w "Birdmanie", przyrodnicze w "Zjawie") - i w każdym jest równie efektywny - świadczy też o jego innowacyjności, ale i o tym, że nie grozi mu żaden manieryzm, czy też popadnięcie w rutynę. No ale już dość o Emmnuelu, o którym przecież całą książkę można by napisać. Podobnie zresztą, jak o innych nominowanych w tym roku operatorach. No bo np. taki Robert Richardson i pamięć o jego filmach, takich jak "JFK", "Aviator", "Hugo", za które zdobył on Oscara (powstrzymuję się od wymienienia tu całej litanii innych). Czy dziwi doskonałość jego zdjęć do Tarantinowskiej "Nienwistnej ósemki"? (gdyby nie one i muzyka Ennio Morricone, to pewnie bym na tym filmie zasnął). Albo Roger Deakins ze swoimi dotychczasowymi 13-ma (!!!) nominacjami i żadnym Oscarem? Jego zdjęcia to przecież jeden z najmocniejszych elementów "Sicario". Praca Edwarda Lachmana w "Carol" to jedna wielka labour of love a przy tym to praca niezrównanie mistrzowska, stwarzająca na ekranie świat lat 50-tych, wraz z jego fakturą, kolorystyką, spleenem i nostalgią, dzięki czemu romans dwóch kobiet to nie lesbijska afera, a miłość dwojga wrażliwych i namiętnych ludzi. W całym tym gronie operatorów-artystów, szczególna uwaga należy się moim zdaniem Johnowi Seale'owi, który w "Szalonym Maksie" dokonał równie cudownych i niewiarygodnych rzeczy, co jego reżyser George Miller - jednakże omówienie ich zajęłoby tu zbyt wiele miejsca, znacznie przekraczającymi już obszernością owe zapowiedziane w tytule "parę luźnych uwag", więc moje wywody w tym miejscu przerwę, czekając na uroczystość, w której mimo wszystko wypada wziąć udział - choćby tylko w roli spektatora.
.
Fotografowai świata jest jak jego tworzenie (Rooney Mara w filmie "Carol")
Fotografowanie świata jest jak jego tworzenie (Rooney Mara w filmie "Carol")
.

Powiązane wpisy: ZEMSTA I PRZETRWANIE – ODDECH W ZMALTRETOWANYM CIELE (o najnowszym filmie Alejandra Gonzáleza Iñárritu „Zjawa"), POSTAPOKALIPTYCZNY HEAVY METAL („Mad Max: Fury Road"), WIELKIE GÓRY, KRAINA WILKÓW I CZERWONA PLANETA („Everest", „Sicario", „Marsjanin").

.
Skomentuj    Zobacz wszystkie komentarze
(....)
Problem z klikaniem? Copy and paste this URL into your browser:
https://wizjalokalna.wordpress.com/2016/02/26/oscary-2016-czyli-co-jest-grane/
Thanks for flying with WordPress.com


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz